W naszej krajowej publicystyce zbieranie podatków uważane jest niemal za rozbójnictwo. Karierowiczom, dorobkiewiczom, tym, którzy są już przy korycie albo się do niego właśnie dorywają nie mieści się w głowie, że powinni się podzielić swoimi dochodami z tymi, którzy są na dole społecznej drabiny. Ludzie bogaci kultywują przekonanie, że wszystko co mają zawdzięczają jedynie sobie samym, a podatki to grabież. Oczywiście godzą się płacić jakieś grosze na policję, bo ona chroni ich mienie, zdrowie i życie, rzucą też coś na wojsko, drogi, ale na tym koniec. Żadnego "rozdawnictwa". Biedni niech zadbają o siebie sami. A co do wdów i sierot, to powinny one liczyć na dobre serce i ludzkie odruchy bliźnich czyli działalność charytatywną. Nie wszyscy oni z równą szczerością przyznają się do swojej znieczulicy. Niektórzy wmawiają sobie i innym, że nie chcą płacić, bo to i tak wszystko przeżre biurokratyczna machina państwowa. I pod hasłem "taniego państwa" mogą już bezkarnie ciąć wydatki na pomoc społeczną. Cięto je w pewnym momencie tak bardzo, że stały się porównywalne z administracyjnymi kosztami funkcjonowania opieki społecznej. I wtedy zakrzyknięto: Widzicie, na pensje urzędników wydajemy tyle samo co na zasiłki! Było to jednak w czasach gdy zasiłki wynosiły nawet po kilkanaście złotych miesięcznie, a pomoc społeczna była w stanie likwidacji.
Teraz jednak kiedy dochód narodowy rośnie, a wraz z nim dochody budżetu państwa, znów podnoszą się głosy o konieczności ulżenia doli najbogatszych podatników, którzy z powodu rosnących dochodów muszą zbyt wiele wkładać do wspólnego wora. Mało kto w Polsce zdaje sobie sprawę, że mechanizm tzw. redystrybucji budżetowej polegający na zaspokajaniu wielu potrzeb elementarnych ludzi niezamożnych za podatki ściągnięte od tych, którzy mają jest tylko nieśmiałą próbą skorygowania mechanizmu odwrotnego, który polega na tym, że szarzy obywatele zrzucają się na majątki bogaczy.